no, nie ma.
nie paliłam, ale to przecież niczego nie zmienia. rano znowu zwinęłam włosy w niechlujny kłębek i wciągnęłam na siebie trochę zmechacony rdzawo-pomarańczowy sweter. niczego nie chciałam udowodnić, po prostu zabrakło mi pomysłu, tym razem przez ciebie. nie pamiętam co robiłam potem. godziny zlały się w niemożliwą do odtworzenia masę pozbawionych sensu słów i gestów. włączyłam się dopiero po powrocie do domu, kiedy piłam trzeci już kubek zielonej herbaty i usłyszałam jego imię i nazwisko. w pierwszej chwili nie zrozumiałam, spojrzałam pozbawionym wyrazu wzrokiem w stronę, z której dochodził dźwięk. mama stała w progu i patrzyła na mnie tak jakby oczekiwała odpowiedzi. zrobiłam się blado-zielona i trochę szumiało mi w głowie, a serce waliło jak szalone. później zalała mnie fala gorąca i zdawało mi się, że czerwień wypala mi dziurę w policzkach. czułam się jak dziecko przyłapane na kłamstwie, jak ktoś poddawany rozkładowi na czynniki pierwsze z wyciąganiem na światło dzienne wszystkich brudów i najgłębiej skrywanych sekretów. wyjąkałam coś co w pierwotnym założeniu miało brzmieć jak 'daj spokój' i zupełnie rozstrojona zaczęłam udawać szalenie zajętą. rozbiegany wzrok i bardziej niż zwykle drżące dłonie były aż nazbyt wyraźnym dowodem krótkiego wstrząsu jaki nastąpił chwilę wcześniej. nie mogłam już myśleć o niczym innym, a kiedy wreszcie udało mi się wyrwać na krótki wieczorny spacer znowu zatrzymałam wzrok na jego wiecznie zasłoniętym oknie.
2011-11-15 22:47:10 skomentuj (4)
aminy, amidy i mocznik
nie będę się tłumaczyć ani streszczać ostatnich kilku miesięcy. mój to blog, pojawiać się i znikać mogę kiedy tylko zechcę. jak mnie najdzie ochota na retrospekcję, bo jak wiadomo listopad miesiącem refleksji i zadumy jest, to takowa się pojawi. póki co sprawy bieżące zajmują mnie w takim stopniu, że nie mam nawet minuty na gmeranie w pamięci. skoro już tu jestem raczej nie trudno zgadnąć, że znowu się sypie. z pomocą przychodzi mi niezastąpiony płacz, który pojawia się ilekroć przyjdzie mi zbierać się z podłogi. podobno nie mam czasu na roztrwanianie się na głupoty, bo to ważny rok, można by rzecz najważniejszy, absolutnie decydujący etc.etc. cóż, taka już moja natura, że przywykłam do zmagania się z przeciwnościami, a każde 'nie!' od zawsze traktowałam jak wyzwanie rzucone mi prosto w twarz. za punkt honoru postawiłam więc obrać pokazanie wszystkim, sobie zwłaszcza, że dam radę nawet przy wykonywaniu minimum czynności. aktualnie raczej się opieprzam, chociaż zasadniczo na nic nie mam czasu, bo pracy jest co niemiara i jakieś coś robić muszę. tak czy siak mój nie-plan zakłada spięcie pośladów na ostatnią chwilę, rwanie włosów z głowy i obgryzanie skórek wokół paznokci. w sumie się żyje cudnie... amen.
2011-11-14 22:49:29 skomentuj (0)
jak gdyby nic, nigdy...
sikam średnio co pięć minut i bynajmniej nie dlatego, że siedziałam na betonie czy chodziłam boso po kafelkach. schlałam się po prostu. może nie jak świnia ale swoje wypiłam, promili mam pewnie nie mało, kalorycznie wyszłoby z osiem solidnych pączków. głowa mnie boli i niebezpiecznie się chwieje na prawo i lewo. niedobrze, oj niedobrze. coraz bardziej podatna na działanie alkoholu się robię... teraz pewnie będę się usprawiedliwiać, że innego wyjścia nie było. prawda jest oczywiście inna. słaba jestem i tyle. nie radzę sobie ani z rzeczywistością ani, co dziwne, z fikcją. nawet obrazy podsuwane przez moją wyobraźnię zaczynają mnie przerastać i co gorsza zdaję sobie sprawę że to tylko bujdy na resorach ale trzymam się tych mrzonek kurczowo i nie chcę dać im świętego spokoju za nic w świecie. trochę to wszystko bez ładu i składu. co ja sobie właściwie myślę? że po kilkumiesięcznej nieobecności mogę tak sobie o, wracać bez ostrzeżenia i pieprzyć trzy po trzy w stanie wskazującym na spożycie? ano najwyraźniej. u mnie tradycyjnie bałagan, pisałam już że ogarnąć się nie umiem łamane na nie chcę. trochę to żałosne, zwłaszcza że od osoby w moim wieku możnaby wymagać chociaż odrobiny przyzwoitości. chwilowo straciłam zdolność logicznego rozumowania, miejmy nadzieję że nie bezpowrotnie ale wyjaśnienia sobie daruję. na dzisiaj. jeszcze tu zajrzę, pewnie nie raz i to szybciej niż może się wydawać. trzeba będzie ten bałagan w końcu posprzątać a jak brudów z siebie nie wyrzucę to eksploduję, jak dwa razy dwa. a teraz spać. jeść już nie, mimo że żołądek jest niebezpiecznie ściśnięty i podskakuje na każdym kroku. koniec, kropka, dieta.
2011-06-30 20:22:34 skomentuj (4)
